Galette z ostatnimi mirabelkami.

poniedziałek, Wrzesień 21, 2015
galette_mirabelka

Mirabelki od zawsze będą mi się kojarzyły z najlepszą miłością. Ten zapach zwodzi mnie nieustannie na manowce, wyczuję go wszędzie, jest niejako wpisany w moje geny. Ta miłość zaczęła się na pewnym podwórku na starej Ochocie, dokładnie tam, gdzie do tej pory zobaczyć można fontannę zdobioną kawałkami starych talerzyków, kubeczków i innych części stołowej zastawy. Zaraz obok były huśtawki, stara, chyba ze sto razy przemalowywana karuzela i piaskownica otoczona ze wszystkich stron drzewami. Pisząc w tej chwili te słowa dosłownie czuję zapach tego miejsca, słyszę tramwaje z Grójeckiej i zastępy gołębi gruchających przy jarzębinie. Jestem tam, bezpieczna i szczęśliwa po pachy, w głęboki przeświadczeniu że świat czekał na mnie z otwartymi ramionami a teraz cieszy się każdym liściem z tego że jestem. Och jakie to boskie uczucie. Właściwie jedyne w swoim rodzaju, w dodatku pachnące dojrzałymi mirabelkami.

 

mirabelki

 

Kiedy jesteś dzieckiem, jesteś dosłownie w danej chwili, zawsze. Nie ma jutra, czy nawet pojęcia że coś będzie za godzinę czy za tydzień. Dokładnie ta chwila, w której nogi biorą zamach żeby rozhuśtać świat jeszcze bardziej, a nie następna czy jakaś inna jest najcenniejsza. Kąpię się w niej, w niej oddycham, jestem nią. Tak jakby czas nie istniał.

 

Mój związek właśnie stał się pełnoletni, choć trudno mi w to cały czas uwierzyć…no może jednak zmarszczki trochę napastliwie dają do zrozumienia, że codziennie robię krok do przodu. Fajnie, że mam w tym tańcu wytrwałego partnera, tak trudno teraz o prawdziwe, namacalne relacje. Trzeba o nie dbać bo są delikatne i kruche, na szczęście dopieszczone smakują najpiękniej.

 

maia

 

 

Wczoraj zrozumiałam, że zbieram ostatnie mirabelki z drzewa za domem. Ostatnie w tym roku. Dobrze, że węgierki jeszcze dopieszczają swoją słodyczą bez nich zrobi się odrobinę smutno i już całkiem jesiennie. Nie lubię się żegnać, szczególnie z mirabelkami, więc zjem je na wesoło, wtulone w orkiszowy placek z listkami świeżej, otwierającej mięty. Kto wie, może pożrę cały samolubnie w ukryciu, napawając się Babciną, zaklętą w tych drobnych śliwkach miłością. W końcu trzeba się podkarmić, żeby móc się dalej podzielić.

 

 

Na średniej wielkości placek potrzebujesz:

szklankę mirabelek
dwie łyżki cukru kokosowego lub trzcinowego
szklankę mąki orkiszowej typ 700 (lepiej mieć odrobinę więcej)
szczypta utartej skórki cytrynowej
1/4 szklanki mleka orzechowego
dwie czubate łyżki masła klarowanego lub oleju kokosowego
szczypta kardamonu
szczypta różanej soli
kilka listków świeżej mięty lub werbeny cytrynowej

 

 

 

 

Mirabelki dokładnie myję i dryluję. Nastawiam piekarnik na 180 stopni.
Do miski wsypuję mąkę, dodaję szczyptę utartej skórki cytrynowej, lekko roztopione masło, masło, mleko, pół łyżki cukru, przyprawy i wyrabiam delikatnie ciasto. Wstawiam je na chwilę do lodówki lub rozwałkowuję bezpośrednio na papierze do pieczenia, po środku układam mirabelki, posypuję cukrem i zawijam brzegami ciasta. Wstawiam do piekarnika na około 25-30 min, ciasto powinno być pięknie zarumienione i kruche. Zazwyczaj zaglądam do piekarnika sprawdzając czy placek nie tonie w soku, jeśli tak jest – nakłuwam kilka razy widelcem spód żeby nadmiar wypłynął na zewnątrz.

 

Wyłączam piekarnik i zostawiam jeszcze na chwilę galette w środku. Gotowe posypuję drobnymi listkami świeżej mięty…i zanurzam się w mirabelkowym niebie.

 

 

galette_mirabelki

0 komentarzy | Dodaj swój komentarz

Adres e-mail nie będzie publikowany. Pola oznaczone * są wymagane.